Pociągiem przez Europę – czyli XIX wieczna podróż przy XXI wiecznych prędkościach

Krótka relacja z kolejnego przejazdu, tym razem jednak podróż pociągiem była środkiem do osiągnięcia celu (czyli wizyty, pierwszej, w Anglii) a nie celem samym w sobie. Dlaczego pociągiem na wyspy skoro z Polski odlatuje codziennie kilkadziesiąt samolotów w tamtym kierunku? Bo skoro można pociągiem , to po co samolotem :-)

Przygotowania do podróży zaczęły się jak na mnie wcześnie. Jeszcze w lutym zakupione zostały dwa bilety, jeden z Berlina do Londynu za 49 euro, drugi z Londynu do Leeds za 20 funtów.

Podróż rozpoczyna się na dworcu Warszawa Centralna w piątkowy wieczór 27 kwietnia. Na peronie tłum (początek majówki), wjeżdża skład pociągu Tanich Linii Kolejowych Szczecinianin. Zajmuje moje miejsce w (taniej) kuszetce. Swoją drogą jest to przyzwoity i niedrogi sposób podróżowania nocnymi pociągami. Na Dworcu Zachodnim do przedziału dobiega głos z megafonu informujący o opóźnieniu mojego pociągu z powodu oczekiwania na przyjazd pociągu z Poznania. Mam nadzieję, że to jakiś szeregowy pracownik kolei jechał z powrotem w kierunku zachodnim.

Do Szczecina pociąg dociera z półgodzinnym opóźnieniem. Do odjazdu bezpośredniego pociągu do Berlina zostało jakieś 10 minut. Szybki krokiem kieruję się w kierunku hali dworca. Tam zdziwienie. Na całym dworcu otwarte tylko dwie kasy, po jednej każdego z dwóch dużych przewoźników. Pierwszy poranek Wielkiej Majówki AD 2012 – nie dziwią mnie ustawiające się wężyki ludzi, sam czynię podobnie. Pociąg do Berlina odjeżdża, trudno, za pół godziny kolejne połączenie.

Niestety nie udało mi się w ciągu wspomnianego pół godziny kupić biletu. Wskakuję więc w niemieckiego motoraka i idę kupić bilet u pani konduktor. Do Berlina w jedną stronę poproszę. 38 euro. Konsternacja na twarzy mojej i pani konduktor. Kontrola gotówki – tylko 30 euro. To może bilet do jakiejś stacji po drodze? myślę sobie. Pani konduktor każe mi usiąść. Dobra, siadam. Po chwili wraca i zabiera mnie do kobiety, której winien jestem 12 euro. Pani konduktor znalazła bowiem dla mnie grupę ludzi, do których biletu mogę się przyłączyć; pilnuje ona także, żeby odpowiednia kwota pieniędzy została przekazana, dopiero wtedy odchodzi.

W Berlinie spotykam się z pozostałymi kompanami podróży. Po raz pierwszy mam też okazję zobaczyć większy kawałek miasta. Na Alexanderplatz migawka z liceum – moja germanistyka nazywa tamto miejsce „betonem”.

Jest po 14, czekamy na Hauptbanhofie na nasz pociąg. W między czasie mijają nas: spóźniony Kasztan z Kijowa i Moskwy, pociąg do Interlaken, pociąg z Kopenhagi… Łot, wielki świat.

W końcu pojawia się i nasz ICE (pierwszej generacji). Let’s the trip begin!

Jesteśmy na nowoczesnej sieci kolejowej. Pokonanie 552 kilometrów zajmuje nam niecałe 4 i pół godziny. Willkommen in Köln.

Jest już po 19., ale koloński dworzec tętni życiem. Na każdy z peronów co chwilę przyjeżdżają i odjeżdżają pociągi. Widać, ze wszystko to jest naprawdę bardzo sprawnie zorganizowane (Made in Germany). Ale jak w to w skomplikowanych organizmach bywa jest dobrze dopóki wszystkie elementy sprawnie funkcjonują. Pociąg z Monachium ma 20 minutowe opóźnienie, przez co nasz pociąg (z Frankfurtu nad Menem) do Brukseli nie może wjechać na stacje – pociągi przypisane są do tego samego peronu. W końcu udało się. Wszystkiemu towarzyszyły zapowiedzi megafonowe po niemiecku i angielsku (proszono pasażerów do Brukseli, żeby nie wsiadali do składu z Monachium, który kończył bieg).

Tak jak poranek był niefortunny, taki też okazał się wieczór. Po jakimś kwadransie od rozpoczęcia kolejnego etapu podróży nasz pociąg zatrzymał się, po chwili z głośników wydobył się komunikat, że z powodu awarii zwrotnicy musimy cofnąć się do Kolonii i wjechać na inny tor. Po chwili okazało się jednak, że wizyta w Kolonii nie jest konieczna, bo wystarczyło cofnąć się tylko trochę. W Brukseli zameldowaliśmy się z 55 minutowym opóźnieniem, zabrakło 5 minut, żeby można ubiegać się o rekompensatę. Ciekawe czy takie pociągi jak te otrzymują nagły priorytet na sieci?

W Brukseli przerwa, idziemy spać. Po drodze do hotelu słyszymy różne języki, poza niderlandzkim i francuskim. Idąc z dworca do hotelu zaczynam dokładniej przypominać sobie spacery po syryjskim Aleppo. W Brukseli zimno, wietrznie, mokro i brudno.

Taką oto ulica szliśmy sobie w Brukseli.

Ranek dnia następnego. Przejazd pociągiem z tzw. Kontynentu do Albionu przypomina na początku podróż samolotem. Zjednoczone Królestwo nie zdecydowało się przystąpić do Schengen, więc wszyscy wjeżdżający przechodzą obowiązkową kontrolę na granicy. Na dworcu Bruxelles-Midi / Brussel-Zuid (bo niby po co dworzec miałby mieć jedną nazwę) aby dostać się na peron skąd odjeżdżają pociągi Eurostar do Londynu trzeba najpierw pokazać bilet na przejazd oraz dokument tożsamości uprawniający do opuszczenia strefy Schengen (dla Polaków jest to dowód osobisty lub paszport). I tutaj zdarzyło się coś, co wcześniejszy zakup kawy uczyniło absolutnie niepotrzebnym…

Do odjazdu pociągu jakieś 20 minut, jeden z kompanów podróży otworzył portfel w celu wyciągnięcia dowodu, tego jednak brak… Atmosfera się zagęszcza, nerwowe przeszukiwanie wszystkich zakamarków portfela i nic. Jest już naprawdę gęsto. Kolega próbuje opuścić Schengen z prawo jazdy. Bezskutecznie. W naszych głowach pustka na przemian z „co teraz?”. Z mojej strony pada pytanie „Sprawdziłeś w torbie?”. Werble. Jest. Biegniemy.

Po kontroli tożsamości i biletów, kontrola bezpieczeństwa a’la lotnisko. Następnie spotykamy pierwszych Brytyjczyków, oficer imigracyjny nie chce wbić mi pieczątki wjazdowej bo jestem z Unii. Na argument, że Belgowie bez problemu wbili wyjazdową kontrargument „oni są dziwni”. 2 minuty i jedno zdjęcie później jesteśmy już na swoich miejscach w pociągu.

Tuż przed najciekawszym fragmentem podróży. Fot. Łukasz Filipczak

Belgię opuszczamy dość szybko, większość kontynentalnej trasy przebiega przez Francję, po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Lille Europe i Calais. Widoki po drodze nawet ładne, niestety część otoczona jest murkiem zamiast zwykłym płotem, co skutecznie obniża doznania estetyczne. Przejazd pod Kanałem La Manche bez fajerwerków, jak to zwykle w tunelach.

Po brytyjskiej stronie pięć lat temu oddana została pierwsza w tym kraju linia wysokich prędkości, nasz Eurostar rozpędza się do prędkości 300 km/h (lub ileś tam mili na godzin), wiatr targa włosy. Naprawdę czuć różnicę w porównaniu do odcinka belgijsko-francuskiego. No i oczywiście zegarki o godzinę w tył (czas Brytyjczycy na szczęście mierzą tak samo).

Stacją końcową Eurostara w Londynie jest dworzec Saint Pancras International (po prostu święty Pankracy), oddany do użytku po gruntownym remoncie wraz z lokalnej high-speedem.

Moje pierwsze kroki na angielskiej ziemi. Fot. Łukasz Filipczak

Nim jednak będzie można odetchnąć pełną piersią londyńskim powietrzem trzeba jeszcze raz porozmawiać z urzędnikiem imigracyjnym. Nasz najpierw założył, że wracamy z Polski po urlopie; gdyż już wyprowadziliśmy go z błędu zapytał nas, czym się zajmujemy i gdzie pracujemy.

Hala pociągowa na dowrcu St. Pancras. My mamy Euro, oni Igrzyska Olimpijskie.

W Londynie zimno (całe 8 stopni), mokro i nieprzyjemnie, ale miasto dokładnie takie jak na starych filmach.

Ostatni pociąg tej podróży odchodził z dworca King’s Cross lub po prostu CX.

Fragment z dworca CX.

Pierwsze moje wrażenie dotyczyły inności Wielkiej Brytanii. Na telebimach co chwilę pokazuję się informacja, że „CCTV [monitoring] is watching for you”, bardzo dużo jest informacji informujących o różnych zagrożeniach czyhających na ludzi, czekając na pociąg kilkunastokrotnie słyszeliśmy nadawane przez megafon ostrzeżenie, że z powodu warunków pogodowych posadzki mogą być śliskie.

Zgodnie z przepisami wszystkie pociągi kursujące po Wielkiej Brytanii muszą mieć żółte czoła.

Kolej też mają inną, nie ma tam narodowego operatora przewozów pasażerskich jak na Kontynencie. Nie istnieją kategorie pociągów, są po prostu przewoźnicy. Na większości dworców, żeby dostać się na peron trzeba najpierw skasować bilet na bramce. Nie jest to aż takie zaskakujące, ale czasami również aby wyjść z peronu trzeba otworzyć sobie bramkę biletem, na podstawie którego odbyło się podróż. Z powodu zagrożenia terrorystycznego prawie całkowicie zrezygnowano z koszy na śmieci, również w pociągach.


Z Londynu podróż kontynuowaliśmy na pokładzie pociągu przewoźnika East Coast. Anglia widziana po drodze była taka jaką sobie wyobrażałem, zielone łąki, wzgórza, podobne do siebie miasta w takiej samej kolorystyce, to wszystko skropione rzęsistym deszczem. Do Leeds dotarliśmy punktualnie. This train terminates here. Dziękuję za wspólnie odbytą podróż.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kolej, Podróże i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pociągiem przez Europę – czyli XIX wieczna podróż przy XXI wiecznych prędkościach

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>