Jedyny turysta w mieście – Dżibuti

Jeśli miałbym wskazać najdziwniejszy kraj, w jakim kiedykolwiek byłem, to na pewno byłoby to Dżibuti.

IMG_5218Flaga(i) Dżibuti.

Polacy mogą kupić wizę na granicy (tak jak w większości krajów wschodniej Afryki). Jeśli w Etiopii czy Ugandzie procedura ta przypomina bardziej transakcję handlową to wjazd do Dżibuti był dla mnie przydługawym spotkaniem z miejscową biurokracją.

Standardem w krajach afrykańskich jest wypełnianie przy przekraczaniu granicy formularzy wjazdowych/wyjazdowych. Pytanie „po co to komu” nie przyszło jeszcze decydentom do głowy. W formularzu, który wypełniałem na lotnisku w Dżibuti (będzie trochę powtórzeń bo państwo i stolica noszą tę samą nazwę), było miejsce na wpisanie kontaktu w tym kraju. Oczywiście moim jednym kontaktem był hotel, w którym nocowałem. I można powiedzieć, że wówczas się zaczęło…

Oficerowie imigracyjni nie mogli uwierzyć, że przyjeżdżam do Dżibuti nie znając nikogo, że ot tak po prostu chciałbym spędzić w ich kraju kilka dni, bo przecież co ja mogę tam robić, i to jeszcze samemu. W pewnym momencie nad moją próbą wjazdu debatowały chyba ze trzy osoby. Pytania czy naprawdę nikogo nie znam i co będę robić powtórzono kilka razy, musiałem też opowiedzieć kim jestem i co w ogóle robię w Afryce. Oprócz paszportu zeskanowane zostały karty pokładowe z dwóch lotów (miałem transfer w Nairobi), pieczątki z Ugandy (stamtąd leciałem), bilet na dalszą podróż oraz, do dziś nie wiem dlaczego, moja karta pobytu z Nigerii (bo powiedziałem, że tam mieszkam).

W końcu, czyli po jakiejś godzinie tłumaczeń i czekania, udało się. Z komentarzem „i tak nie bardzo Ci wierzymy” wklejono mi do paszportu 30. dniową wizę. Kosztowała aż 90 dolarów, jednak nawet dla samego powitania, jakie miałem na lotnisku wiedziałem już, że warto było.

dj

Dżibuti to intrygujący kraj, z ludnością mniejszą niż milion (z czego 2/3 mieszka w stolicy), położony u południowych wrót Morza Czerwonego. Do 1977 roku była to kolonia, Francuskiego Terytorium Affarów i Issów (od dwóch plemion zamieszkujących te tereny), dopiero w trzecim referendum mieszkańcy opowiedzieli się za niepodległością.

Strategiczne położenie sprawia, że w Dżibuti stacjonują żołnierze ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii (mają swoje bazy), Hiszpanii i Niemiec (są zakwaterowani w hotelach). Mimo to jest to jeden z biedniejszych krajów Afryki, klimat jest suchy i gorący a większość terytorium pokrywają piaski i księżycowy krajobraz.

Miasto Dżibuti bardziej przypomina biedniejszą część Europy niż przeciętną afrykańską stolicę, ulice są szerokie, w większości z chodnikami, na skrzyżowaniach francuskim zwyczajem zbudowane zostały ronda. Centrum stanowi Dzielnica Europejska. Jest nawet rynek, a raczej plac imienia Menelika, który spełnia jego funkcję.
IMG_5223Plac Metelika

Generalnie, użycie słowa centrum nie jest nadużyciem – kilkupiętrowe budynki tworzące spójną tkankę miejską, przy wielu ulicach rosną drzewa, wszystko naprawdę tworzy intrygujący klimat i biorąc pod uwagę żar lejący się z nieba z powodzeniem można sobie wyobrazić, że jest się na południu Europy.
IMG_5209Dzielnica Europejska

Poza centrum zabudowa jest mniej zwarta, dominują domki wielorodzinne, wiele z nich już po afrykańsku otoczone wysokimi płotami.

IMG_5290Minaret – najbardziej charakterystyczny meczet w Dżibuti.

Widziałem też przystanki komunikacji miejskiej z informacją, że zatrzymują się na nich busy linii 1 lub/i 2 (choć na żadnym z przejeżdżających nigdy nie widziałem numeru). Przy okazji fotografowania jednego z nich miałem okazję poznać policjanta pełniącego służbę w cywilu. Najpierw powtórzył kilka razy „no photo, problem”, w końcu jednak pokazał ręką, że mam iść – wydaje mi się, że na szczęście dla mnie bariera językowa sprawiła, że jakiekolwiek zatrzymanie mnie byłoby dla miejscowych za bardzo uciążliwe.

IMG_5240Przystanek, którego nie można fotografować.

Ciekawym miejscem jest Pałac Prezydencki, położony na uboczu, od strony morza. Przymiotnik ciekawy powinien być w cudzysłowie, do pałacu nie tylko nie wolno się zbliżyć (typowe dla krajów afrykańskich), ale nawet zatrzymać w pobliżu bramy wjazdowej. Gdy przystanąłem, żeby napić się wody i spojrzeć w przewodnik, bo po przygodach na przystanku o wyciąganiu aparatu fotograficznego nawet nie myślałem, żołnierze pilnujący bramy momentalnie zaczęli do mnie machać, abym szedł dalej…

IMG_5289Pałac prezydencki widziany z bardzo daleka.

Oprócz Dżibuti (miasta) udało mi się jeszcze zobaczyć inną twarz Dżibuti (państwa), kilka kilometrów za stolicą znajduje się schronisko dla dzikich zwierząt prowadzone głównie przez francuskich wolontariuszy.

Po ciężkich negocjacjach wyruszam w drogę taksówką (z początkowych 100 dolarów udało mi się zejść do 50). Starym zielonym mercedesem szybko opuszczam miasto i… zaczyna się inny świat (pustynia w zasadzie).

IMG_5211Moja taksówka wyglądała podobnie, w tle dekoracje z okazji Ramadanu.

Tuż za rogatkami miasta asfalt znika gdzieś w piasku a prędkość z jaką się poruszamy to jakieś 20 kilometrów na godzinę, potem jednak jest już trochę lepiej.

IMG_5248

Po drodze widzę kilkoro ludzi, kilka wielbłądów i coś co chyba jest jakąś osadą. Okolice stolicy to obszar zdominowany przez Affarów, nomadyczny lud somalijski – nie specjalnie lubią osiedlać się w jednym miejscu na dłużej.

IMG_5253W drodze do schroniska.

Po jakiejś godzinie raz szybszej, raz wolniejszej jazdy docieram do schroniska (a to tylko 15 kilometrów i jeden posterunek kontrolny po drodze!), które okazało się być po ogrodzonym kawałkiem pustkowia. W środku zobaczyć można m.in. hieny, jeżozwierze, żółwie, strusia, małpy, lwy.
IMG_5260Jeżozwierz

Oglądając te ostatnie człowiekowi może szybciej zabić serce, ze względu na stan otaczającego je płotu.
IMG_5269

Po całym kompleksie swobodnie biegają antylopy.
IMG_5283

Czas mojego pobytu w Dżibuti nie był najszczęśliwszy, środek Ramadanu więc w ciągu dnia życie toczyło się raczej ospale. Miesiąc wcześniej doszło też do samobójczego zamachu w jednej z popularnych restauracji, zginęło trzy osoby. Stąd pewnie tysiąc pytań przy wjeździe i problem z robieniem zdjęć.

IMG_5230Jeden z ciekawszych budynków.

Niemniej jednak było to ciekawe doświadczenie. Stołeczne Dżibuti to interesujący miks Afryki, Bliskiego Wschodu i Europy. I gdyby nie duże zagrożenie terrorystyczne ze strony somalijskiego Al-Shabab (ich solą w oku jest obecność zagranicznych żołnierzy) to powiedziałbym, że jest to jedna z najbezpieczniejszych afrykańskich stolic.

IMG_5231I kolejny.

Na samym końcu pobytu przytrafiła mi się jednak przykra niespodzianka, przy kontroli bezpieczeństwa na lotnisku musiałem pożegnać się z moim zapasowym kompletem akumulatorków. Wydaje mi się, że już wspomniałem o zagrożeniu terrorystycznym…

IMG_5296Dżibuti z samolotu, ja już bez akumulatorków.

Zapraszam do komentowania!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Jedyny turysta w mieście – Dżibuti

  1. JZ pisze:

    Tomaszu.
    Jak zwykle z przyjemnością przeczytałem Twój wpis i czekam na następne.

  2. Jozef Szmigielski pisze:

    Pracowałęm w Jebel Ali Emirat Dubai w Fabryce klimatyzatorów o nazwie French Gulf Air Conditionin and Refrigeration, która poczatkowo projektowałem i budowałem a potem nadzorowałem linie produkcyjne klimatyzotorów okiennych, splitów i klimakonwektorów. w ilosci szt 1000 miesiecznie. Do Dżibutti wysyłalismy mieisęcznie 200 do 500 klimatyzatorów. Stąd byłem bardzo ciekawy jak ten kraj i to miasto wygląda. Naszym Dyrektorem Technicznym był młody Arab a właściwie Libańczyk który ukonczył w LIbanie Uniwersytet Amerykański i zarzadzał tym przedsiebiorstwem. Zadaniem tej fabryki w kilku wydziałach produkcyjnych była produkcja poczynajac od pocięcia blach wykonania obudów do montazu wszystkich elementów by splity czy okienne klimatyzatory pracowały i chłodziły pomieszczenia. Robilismy to bardzo profesjonalnie. bo elementy kompresorów Coplan amerykanskie, inne elementy japonskie montowalismy na naszych liniach profesjonalnie ja jako elektryk inzynier odpowiedzialny bylem za część elektryczna jakosc oraz testy. Wszystkie testy wykonywalismy zgodnie ze standardami ANSI amerykanskimi. Nie dopuszczalismy odstępst. Ten Libanczyk co dwa tygodnie latał do Dżibutti samolotem, któ®y nie latał codziennie z Dubaju, zależało to bowiem czy był komplet pasażerów. Dzieki panu poznałem jak to Dzibutti wyglada, gdzie wysyłałem produkty naszej fabryki. Właścicielem fabryki był Syryjczyk z Damaszku który lubił pracować z Polakami. Oprócz mnie było kilku Libanczyków, Syryjczykow kilkoro, polaków 4, oraz resztę to Filipinczycy. Nasze wyroby cenowo były konkurencyjne z wyrobami japonskimi a czesci mielismy najwyzszej jakosci. Myślelismy, że będziemy je eksportować do Polski, ale nie umielismy rozwinąć w Polsce marketingu, bo zniszczyła nas korupcja w Polsce. Przez moment ukazywał sie w Polsce nasze produkty pod nazwa Air Vent w wydaniu francuskim. Pozniej pojawily sie rosjanki i sprzedawalismy produkcje na rynek rosyjski. Jak nie opanowalismy Polski ja zostalem z fabryki wyeliminowany. Bo nie ma rynku nie ma pracownika. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>